W głowie mi nie zmienicie!

Z Józefem Bajerem, górnikiem, wieloletnim działaczem NSZZ „Solidarność” w kopalni „Julian” w Piekarach Śląskich, uczestnikiem strajku w grudniu 1981 r. przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego oraz strażnikiem grobu bł. księdza Jerzego Popiełuszki, rozmawiał Karol Chwastek. Materiał powstał we współpracy ze Śląskim Centrum Wolności i Solidarności.


Jak rozpoczęła się Pańska przygoda z górnictwem?

Na kopalnię „Julian” w Piekarach Śląskich przyjąłem się w roku 1965. Początkowo byłem w wentylacji, natomiast później przeniosłem się do oddziału przewozowego, gdzie pracowałem jako maszynista elektrowozu.

Jak wspomina Pan okres tworzenia się „Solidarności” w Pańskim zakładzie pracy?

Pamiętam, że na kopalni wrzenie zaczęło się już w roku 1978, kiedy wprowadzono czterobrygadówkę. Górnikom bardzo się to nie podobało.

Pod koniec sierpnia 1980 r. zaczęły dochodzić nas słuchy, że na wybrzeżu coś się dzieje. Rządowe media na ten temat milczały.

31 sierpnia, gdy szedłem na nocną zmianę, na kopalni znalazłem rozrzucone wcześniej ulotki. To dzięki nim dowiedzieliśmy się, o co chodzi strajkującym stoczniowcom w Gdańsku. Wśród górników zaczęły się dyskusje. Jako maszynista jeździłem po różnych oddziałach, więc byłem dobrze zorientowany. Gdy wyjeżdżaliśmy, ktoś, chyba na podszybiu, powiedział, że mamy się umyć i przyjść na cechownię, bo delegacje z rządowych związków zawodowych chcą rozmawiać z załogą. Pod podest, gdzie dziś stoi św. Barbara, przyszło mnóstwo ludzi. Atmosfera była gorąca. Z ramienia związków zawodowych przemawiał Jerzy Ciuk. Powiedział, że jeżeli ludzie mają o coś pretensje, to niech powiedzą o tym głośno, a związkowcy będą to na bieżąco spisywać. W końcu rozeszliśmy się do domów. Wtedy pracowało się siedem i pół godziny. My wyjeżdżaliśmy o 5 rano, więc na cechowni byliśmy o 5.30. Pierwsza zmiana natomiast zjeżdżała o 6.30, tak więc nie wiem dokładnie, jak to zebranie wyglądało na następnej zmianie.

Kolejnego dnia nie przyszedłem na kopalnię, gdyż z powodu czterobrygadówki miałem dwa dni wolnego. Dlatego większość strajku, który na dobre rozpoczął się 1 września na popołudniowej zmianie, mnie ominęła.

Przyszedłem dopiero 3 września na godzinę 14. Gdy wszedłem na teren zakładu, było już po wszystkim. Na placu pod łaźnią ustawiono przyczepę traktorową ze zrobionym na szybko ołtarzem. Ludzie znaleźli figurkę św. Barbary, która do tej pory była schowana gdzieś w magazynie. Przyszedł także ksiądz Władysław Student, proboszcz parafii w Piekarach, i odprawił mszę świętą. Po niej było już wiadomo, że mamy przyznane związki zawodowe, do których odbędą się wybory. Na wszystkich oddziałach zostały wystawione listy. Każdego kandydata musiała wybrać załoga, a także zapytać go o zgodę. Czuliśmy, że były to nasze pierwsze demokratyczne wybory. Początkowo wybierało się ludzi do komisji oddziałowych, a następnie delegaci z poszczególnych oddziałów decydowali, jak wyglądać ma zarząd Komisji Zakładowej. Było to gdzieś około września, października.

Ja zostałem przewodniczącym oddziałowej komisji Górniczych Przewozów Dołowych. Pamiętam, że był to niezwykle intensywny okres. Miałem dużo pracy, do załatwienia było mnóstwo formalności. Nasze elektrowozy były w opłakanym stanie, o czym nieraz informowałem dyrekcję. Plenum zbierało się przynajmniej raz w miesiącu, jednak ja robiłem jeszcze dodatkowe zebrania oddziałowe, dzięki którym dowiadywałem się, czego ludzie chcą, jakie są ich bieżące sprawy i problemy.

W pewnym momencie związek zakupił fiata kombi, na którym wypisaliśmy „Solidarność kopalnia Julian”. Jeździliśmy nim często po prasę do Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego i Zarządu Regionu Mazowsze. Oczywiście w stanie wojennym samochód zabrano.

Działacze NSZZ "Solidarność" z kopalni "Julian" wraz ze sztandarem. Pierwszy z prawej: Gerard Muszalik. Udostępnił Norbert Brewko.

30 maja 1981 r. odbyło się drugie już poświęcenie sztandaru kopalnianej „Solidarności”. Ołtarz ustawiono przed budynkiem dyrekcji. Ja byłem w służbie porządkowej, gdyż mieliśmy powody się obawiać, że dojdzie do jakiejś prowokacji. Chodziłem z opaską po skarpie, która znajduje się obok budynku dyrekcji. Na uroczystość przyjechała z Gdańska także pani Anna Walentynowicz. Z nią nasza delegacja „Solidarności” razem ze sztandarem pojechała do Warszawy na pogrzeb prymasa Wyszyńskiego.

Udostępnił Norbert Brewko.

Szczególnie zapadł mi w pamięci nasz wyjazd na poświęcenie sztandaru FSO do Warszawy. Jechało nas tylu, że potrzeba było dwóch autokarów. Po uroczystości miałem okazję rozmawiać z dyrektorem fabryki. Zapytałem go wówczas, czy istniałaby szansa na otrzymanie kilku reflektorów, ponieważ te, które były w naszych elektrowozach, nie nadawały się już do niczego. Oczywiście tę kwestię podnosiłem wcześniej na spotkaniach z dyrekcją, jednak zawsze spotykałem się z odpowiedzią, że ze względu na braki zaopatrzeniowe na rynku nie ma możliwości ich kupna. Dyrektor FSO zgodził się od razu. Poinformowałem o tym dyrekcję kopalni. Przydzielono mi samochód zakładowy, kierowcę i polecono przywieźć reflektory z Warszawy. Wyjechaliśmy 11 grudnia. Gdy minęliśmy Tomaszów Mazowiecki, zauważyliśmy, że co kilka kilometrów stał wóz pancerny z kilkoma funkcjonariuszami ZOMO. Od razu po przyjeździe poinformowaliśmy pracowników i dyrekcję FSO. Tam miałem się też spotkać z Ginterem Kupką, który pojechał do regionu mazowieckiego po jakieś ulotki i materiały. Niestety nie było go na miejscu spotkania, a ja nie potrafiłem się z nim skontaktować telefonicznie. Do domu wróciliśmy późno w nocy.

Udostępnił Norbert Brewko.

Jak wspomina Pan wprowadzenie stanu wojennego?

12 grudnia pojechałem do Jarocina na przysięgę wojskową mojego szwagra. Pod bramą z jednostki wojskowej stała masa ludzi. Brama była zamknięta i nikogo nie chcieli wpuścić. Ludzie zaczęli już szumieć: „Jak to? Po co wysyłaliście nam zaproszenia, skoro nie chcecie nas nawet wpuścić?”. W pewnym momencie jednak brama się otworzyła. Naszym oczom ukazał się szpaler wojska z karabinami. Dostaliśmy polecenie, żeby wchodzić. Niczego od nas nie wymagali. Było to co najmniej dziwne, żeby za komuny wejść na teren jednostki wojskowej bez pokazania przepustki czy chociaż dowodu osobistego, ale wówczas byliśmy zbyt zmarznięci, żeby o tym myśleć. Wprowadzono nas do sali audiowizualnej i wtedy powiedziano, że w nocy ogłoszono stan wojenny, skutkiem czego działacze „Solidarności” zostali zamknięci i internowani, że zaczęła obowiązywać godzina milicyjna. Do tego poinformowano nas, że jeszcze nie wiadomo, czy przysięga w ogóle się odbędzie, a na razie – mamy czekać. W końcu jednak oświadczyli, że uroczystość nastąpi. Trwała ona krótko, może z pół godziny.

Jak Pański szwagier zareagował na wprowadzenie stanu wojennego?

Był w wielkiej rozterce. Mówił mi: „Józek, co tu się dzieje? Ja stąd uciekam”.

Odpowiedziałem mu, żeby tego nie robił, bo go zastrzelą za dezercję.

„Ale jak to? Mam od teraz do was strzelać?” – Był cały przejęty.

„Słuchaj, jak ci każą do nas strzelać, to celuj w powietrze, ale z jednostki nie możesz uciec, bo i tak cię złapią”.

Posiedzieliśmy tak chwilę, około pół godziny, i nagle ktoś wpadł na salę i powiedział: „Młody rocznik na odprawę!”.

Mieliśmy nadzieję, że dadzą nam choćby gorącą herbatę czy grochówkę wojskową, ale w końcu siedzieliśmy sami w zimnej sali. Jedyne, co dostaliśmy, to butelki wody i oranżady. Gdy już chcieliśmy wyjść na zewnątrz, by się czegoś dowiedzieć, zauważyliśmy, że wszyscy biegną z powrotem. Dostaliśmy polecenie opuszczenia jednostki w ciągu siedmiu minut.

W pociągu powrotnym przydarzył się incydent. Nagle ktoś na końcu wagonu krzyknął: „Jaruzelski – pierwszy zdrajca narodu! Śmierć mu!” i przebiegł przez korytarz jak strzała do następnego wagonu. Nie wiem, jakim cudem to zrobił, bo ścisk w pociągu był tak wielki, że nie było gdzie nogi postawić.

Gdy przyjechaliśmy na Śląsk i wyszliśmy na stacji Tarnowskie Góry, była już godzina milicyjna. Miasto wyglądało jak wymarłe. Taksówkarze w obawie w ogóle nie wyjechali tej nocy na ulice. Bałem się, że będziemy musieli iść pieszo do domu, ale dzięki Bogu przyjechał autobus. Gdy przyszliśmy pod blok, powiedziałem żonie, żeby weszła sama do mieszkania, bo SB może na mnie już czekać. Zostałem na zewnątrz, pod balkonem. Umówiliśmy się, że gdyby ktoś był w mieszkaniu, to wszędzie zaświeci światło, gdyby natomiast nikogo w nim nie było, to jedynie zamruga światłem. Na szczęście nikt na mnie nie czekał, ale tej nocy ledwo spałem ze strachu, że ktoś po mnie przyjdzie.

Rano nie wytrzymałem. Wziąłem klucze, przepustkę – żonie powiedziałem, że idę na piwo – i poszedłem na kopalnię. Miałem wtedy co prawda urlop od poniedziałku 14 grudnia, bo święta zawsze chciałem spędzić w spokoju.

Nasz przewodniczący – Omer Krysztofiak – został internowany, jednak przed zabraniem zdołał jeszcze zadzwonić do innych, by ich ostrzec. Członkowie zarządu uciekli wtedy na kopalnię do biura „Solidarności” i za pomocą radiowęzła poinformowali górników pracujących na dole, co się stało. Wszyscy powyjeżdżali wtedy na górę. Tak rozpoczął się strajk.

Gdy przyszedłem na kopalnię, strajk już trwał. Od razu zameldowałem się na oddziale, że jestem, bo koledzy myśleli, że mnie też zamknęli. W zarządzie powiedziano mi, żebym sprawdził, ilu ludzi z mojego oddziału strajkuje. Zauważyłem, że przy bramie głównej panował całkowity chaos, co chwilę pojawiały się kobiety i pytały o swoich mężów. Pomyślałem więc, że zorganizuję punkt kontaktowy – w okienku z lewej strony od wejścia, gdzie była markownia. Kobiety przychodzące do punktu podawały nazwisko męża, a ja wywoływałem go przez radiowęzeł zakładowy. Spędziłem tak cały strajk. Proszę sobie wyobrazić, że każdego dnia ludzi zgłaszało się tak dużo, że w ciągu pierwszej doby wypisałem cały wkład z długopisu. Od pisania palce bolały mnie niemiłosiernie.

Na bramę główną ludzie przynosili jedzenie. Jakiś sadownik przywiózł całego żuka jabłek. Dyrekcja początkowo nie zgadzała się na wydawanie zup regeneracyjnych, jednak w końcu to na nich wymusiliśmy – duża grupa osób dojeżdżała do pracy i nie miał im kto przynieść jedzenia.

15 grudnia dyrekcja nie chciała wypłacić wynagrodzeń. Po długich rozmowach z Damianem Ciskiem ostatecznie się zgodzili. Kobiety pod główną bramą dostawały od mężów pieniądze i brały je do domów.

16 grudnia pod kopalnią przejechała kolumna czołgów. Jakie były reakcje strajkujących?

Oczywiście przed bramą wybuchła ogromna panika. Ktoś przyniósł mi megafon – wyszedłem więc i zawołałem, żeby kobiety z dziećmi oddaliły się od bramy. Posłuchały, choć nie odeszły za daleko. Na skarpach obok budynku dyrekcji i bramy głównej stało już mnóstwo gapiów. Już przedtem wiedzieliśmy, że coś się dzieje, bo w kościele zaczęły bić dzwony. Umówiliśmy się z księdzem proboszczem, że w ten sposób da nam sygnał, jeżeli coś się wydarzy. Czołgi jechały ulicą Bytomską od strony Szarleja, zakręciły obok kościoła i przejechały wzdłuż kopalni i bramy wejściowej. Jechało 12 czołgów. W rejonie ulicy Głębokiej prawdopodobnie jeden z nich się popsuł, bo nagle się zatrzymał i już nie ruszył. Później musiano go ściągać.

Jak strajkujący w kopalni „Julian” dowiedzieli się o masakrze w kopalni „Wujek”?

16 grudnia wieczorem na bramę przyszły dwie kobiety i powiedziały, że kopalnia „Wujek” została spacyfikowana. Zadzwoniłem wtedy do komitetu strajkowego. Z góry zszedł chyba pan Figołuszka i na bramie rozmawiał z tymi kobietami. Górnicy zebrali się na cechowni, niedługo później strajk został rozwiązany. Ja sam nie brałem udziału w tym zebraniu – cały czas byłem w punkcie informacyjnym. Koledzy przyszli mi powiedzieć, że kończymy strajk. Ktoś zaproponował, że może mnie przenocować w swoim w mieszkaniu, żebym nie ryzykował i nie szedł do siebie, bo mogą przyjechać i mnie aresztować. Jako że było już późno w nocy, a przecież była godzina policyjna, poszliśmy do dyrekcji po przepustkę. Tam zapisywano każdego z imienia i nazwiska. Dzięki temu dyrekcja miała dokładną listę osób, które strajkowały.

Ja oficjalnie wciąż miałem urlop, więc następnego dnia nie przyszedłem do pracy. Po świętach przybył do mnie posłaniec z kopalni z informacją, że mam się natychmiast zgłosić do kierownika oddziału. Na nic się zdało tłumaczenie, że mam urlop – musiałem pójść. Na miejscu kierownik powiedział, że kopalnia została zmilitaryzowana i wszystkie urlopy są przerwane, a niestawienie się do pracy jest równoznaczne z dezercją z wojska. Wtedy też się dowiedziałem, że dwóch z mojego oddziału, Zenek Nowakowski i Waldek Pitas, zostało aresztowanych i dostało wyrok na trzy miesiące.

Czy górnicy organizowali jakąś pomoc dla represjonowanych?

W czasie mojej pracy, gdy jeździłem elektrowozem po różnych oddziałach, górnicy mówili, że zrobią składkę, że trzeba jakoś pomóc kolegom. Powiedziałem im, że taka działalność jest przecież zabroniona i organizowanie takich składek w kopalni mogło grozić niepotrzebną wpadką. Trzeba było się zastanowić, jak to rozegrać.

Pierwsze spotkanie konspiracyjne odbyło się w moim mieszkaniu. Było nas ponad 20 osób. Padło pytanie: co robimy? Blisko 30 osób z naszej kopalni było przecież zamkniętych i internowanych. Ustaliliśmy, że o pomoc trzeba się zwrócić do księdza Władysława Studenta, proboszcza bazyliki w Piekarach.

Po spotkaniu, gdy koledzy rozeszli się do domów, poszliśmy w czterech na probostwo. Ze mną byli Ignac Tomala, Jan Lewandowski i Henryk Ślusarek. W tamtym okresie bazylika była remontowana i w czasie kolekty zbierano ofiary kopertowe na ten cel. Pragnęliśmy, żeby ludzie, którzy chcieli pomóc internowanym, wrzucali koperty z napisem „Julian”; wszystkie te pieniądze miały trafiać do represjonowanych. Naszym zadaniem było dostarczyć księdzu adresy osób, które potrzebowały pomocy.

Jak zareagował ksiądz proboszcz?

Przyjął naszą prośbę ze zrozumieniem i oświadczył, że musi zapytać biskupa o zgodę, a odpowiedzi udzieli nam w ciągu dwóch dni. Po wyjściu od niego powiedziałem chłopakom, że ksiądz prawdopodobnie obawia się tej inicjatywy – przecież prawie w ogóle nas nie znał. Wyjątkiem byłem ja, ponieważ moi rodzice mieszkali w domu tuż przy bazylice – przyległym do budynku probostwa. Zaproponowałem więc, że za kilka dni sam pójdę zapytać księdza o odpowiedź. Zgodzili się.

Gdy przyszedłem, ksiądz Student powiedział mi, że biskup wyraził zgodę, i mogliśmy zacząć organizować pomoc. Ustaliliśmy, że będziemy kontaktować się za pośrednictwem moich rodziców. W domu ojców było okno wychodzące na drugą stronę budynku. Przychodziłem więc z pozoru normalną wizytą do rodziny, a wychodziłem tym oknem i wchodziłem na probostwo tylnym wejściem. Nawet jeśli ktoś mnie obserwował, to o spotkaniu z księdzem nie mógł wiedzieć. Umowa była taka, że upoważnionym do odbierania pieniędzy byłem wyłącznie ja. Każdego innego pracownika KWK „Julian”, który choćby i działał w „Solidarności”, ksiądz Student traktował jako szpicla.

Byliśmy chyba jednym z nielicznych zakładów pracy, w którym za pomoc internowanym nikt nie wpadł. Pieniądze, które zebraliśmy, były dostarczane rodzinom represjonowanych za pośrednictwem księży. Tych pieniędzy udało nam się uzbierać tyle, że co miesiąc rodziny wszystkich zwolnionych z kopalni dostawały równowartość wcześniejszych zarobków.

Jak długo trwała ta pomoc?

Przez cały czas. Tak długo, aż ostatni z represjonowanych nie wyszedł z więzienia. Później organizowaliśmy im także pracę, bo dla nich nie było już powrotu na kopalnię.

Jesienią 1982 r. dostałem wiadomość, żeby przyjść na spotkanie konspiracyjne w domu Jana Lewandowskiego. Pojawił się wtedy Piotr Polmański, górnik z KWK „Andaluzja”, razem z braćmi Kaczyńskimi, którzy proponowali nam pomoc prawną. Prosili też, żebyśmy dali im listę internowanych i zwolnionych z pracy. Nie zrobiliśmy tego w obawie, do czego taka lista może być wykorzystana. Wtedy powiedzieli nam, że możemy się zgłosić po pomoc do Warszawy, do księdza Popiełuszki. Tak zaczęły się nasze kontakty z księdzem Jerzym.

Jak często jeździł Pan do Warszawy na msze księdza Jerzego Popiełuszki za ojczyznę?

Nie jeździłem za każdym razem, jednak mimo wszystko dość często. Wszystko zależało od pieniędzy.

Rozmawiał Pan z księdzem Popiełuszką?

Tak, tak. Podczas jednej z ostatnich takich mszy ksiądz Jerzy – być może przeczuwał, że coś się stanie – dał mi szczególną pamiątkę. Był to mały obrazek z jego podziękowaniami.

Czy oprócz księdza Popiełuszki spotykał się Pan z kimś innym w stolicy?

Tak, w czasie naszych wyjazdów do Warszawy mieliśmy mnóstwo czasu na tego typu spotkania. Jeździliśmy ekspresem „Górnik” o 6, do stolicy docieraliśmy w trzy godziny, a msza była wieczorem. W Warszawie zawsze gdzieś chodziliśmy. Pamiętam, że pewnego razu, gdy byliśmy u księcia Czartoryskiego, odbyła się tam dyskusja, że powinniśmy wykorzystać stan wojenny przede wszystkim na to, by wykształcić swoich ludzi. Gdy w końcu „Solidarność” przejmie władzę, muszą znaleźć się osoby, które mogłyby obsadzić sądownictwo, milicję i wszystkie instytucje rządowe, tak by zabezpieczyć dokumenty przed zniszczeniem.

Z Warszawy przywoziło się mnóstwo ulotek i prasy podziemnej. Raz przywiozłem książkę z homiliami księdza Jerzego, która praktycznie cały czas krążyła wśród ludzi. Wszyscy tak bardzo chcieli się dowiedzieć, co takiego mówił, że musiał stracić życie.

Na pogrzeb pojechało nas z kopalni „Julian” około 10 osób. Skrzyknęliśmy się pocztą pantoflową. Wzięliśmy ze sobą trzy górnicze mundury galowe, a reszta zwykłe, robocze, z lampami na wierzchu. Z dworca poszliśmy na Żoliborz. Tam, w kościele, zaprosili nas do podziemia, gdzie poczęstowali herbatą i ciastkami. Powiedzieliśmy, że mamy mundury i możemy zrobić wartę honorową. Wtedy zaproponowali nam niesienie trumny. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, ale oczywiście się zgodziłem. To było niesamowite – na placu zgromadził się tłum ludzi. Niektórzy, żeby móc cokolwiek zobaczyć, weszli na drzewa i dachy pobliskich kamienic.

Niedługo po powrocie do Piekar dostaliśmy wezwanie na komisariat. Mnie przesłuchiwał porucznik Kunicki. Pytał mnie szczególnie o to, kto dał nam pieniądze na wyjazd i kto kazał nam jechać. Zdenerwowałem się wtedy i odpowiedziałem, że gdyby ksiądz Jerzy żył, nie trzeba byłoby jechać, a temu człowiekowi należało oddać hołd. Na to powiedział: „Pan zasługuje na internowanie!”. Zapytałem go wtedy: „Czy coś to zmieni? W głowie mi nie zmienicie, a kiedyś jeszcze będziecie się tego wstydzić”.

Był Pan kiedyś pod krzyżem poległych górników w kopalni „Wujek”?

Już w czasie gdy zrobiliśmy pierwsze zebranie konspiracyjne, podjęliśmy decyzję, że pojedziemy pod kopalnię „Wujek” złożyć wieniec. Pojechaliśmy 16 stycznia 1982 r., dokładnie miesiąc po masakrze. Na murze dookoła kopalni widać jeszcze było świeży tynk w miejscach, które zburzyły czołgi. Wieniec przewieźliśmy w bagażniku samochodu, ale szarfy mieliśmy w kieszeniach. Założyliśmy je pod samą bramą i wpięliśmy w nie znaczek „Solidarności” z kopalni „Julian”.

Spotkaliście się Państwo z jakimiś problemami pod krzyżem poległych górników?

Bezpośrednio nie. Gdy staliśmy, podeszła do nas kobieta i powiedziała, żebyśmy stąd uciekali, bo SB robiło zdjęcia z ukrycia. Oprócz tego jednak nikt nas nie zatrzymał.

Brał Pan udział w drukowaniu ulotek?

Nie, tego nie robiłem. Ja zajmowałem się kolportażem ulotek, a przede wszystkim pomocą dla internowanych, żeby mieli pracę i godne warunki. Za druk natomiast byli odpowiedzialni pan Zygmunt Sośniok i pan Ziętkowski. Ja zresztą dużo na ten temat wówczas nie wiedziałem – w warunkach konspiracyjnych im mniej znało się takich faktów, tym lepiej.

Pamiętam, jak kiedyś z Warszawy przywiozłem plakaty. Za komuny był jeden szczególnie znany, przedstawiający robotnika za sterem z podpisem: „Robotnicy z partią, partia z robotnikami”. Ja natomiast przywiozłem taki, w którym robotnik za sterem wykonywał gest Kozakiewicza. Kolega Jastrzębski siedział później całą noc w swoim mieszkaniu, otworzył małe okienko wentylacyjne, pod plakat dał żarówkę i ręcznie kopiował go całą noc. Niestety nie mieliśmy wtedy żadnego sprzętu do powielania plakatów. Później w nocy koledzy zamalowywali rządowe plakaty, które wisiały na blokach, a w ich miejsce przyklejali te z gestem Kozakiewicza. SB się wściekło, w odwecie było mnóstwo nalotów na mieszkania.

U Pana też byli?

Wtedy akurat nie. Do mnie kiedyś przyszli o 2 w nocy. Akurat miałem nocną zmianę. Żona ich wpuściła. Pytali o mnie, gdzie jestem, a ona odpowiedziała im zgodnie z prawdą, że w pracy. Zadzwonili do kopalni. Ja wtedy nie zrozumiałem tego, ale pamiętam, że dysponent wzywał mnie, żebym się zgłosił. Przyszedłem i zapytałem, co się stało. On mi na to, że nic, że mogę wracać. Po co mnie wołał, chciał sprawdzić, czy śpię? Potem przyszedłem do domu i żona powiedziała mi, że milicja była i pytała o mnie.

Pamiętam też, gdy kolega Jastrzębski skombinował radiostację, jakoś pod koniec 1984 r., już po śmierci księdza Popiełuszki; zrobiliśmy audycję radia „Solidarność”. Nadajnik wchodził na fale Telewizji Katowice. Udało mi się wówczas nagrać tę audycję. Oczywiście SB najbardziej podejrzewało Gintera Kupkę, który był od 1968 r. szefem krótkofalowców z kopalni „Julian”. W każdym razie odpowiednio wcześniej powiedzieliśmy mu o planowanej emisji, żeby miał czas wyczyścić mieszkanie, bo wiedzieliśmy, że złożą mu wizytę. Przekopali całe jego mieszkanie, ale oczywiście nic nie znaleźli.

W roku 1987 działacze „Solidarności” z kopalni „Julian” zorganizowali zebranie, które zostało później nazwane zebraniem na Łączce. Jak wspomina Pan to spotkanie?

Rzeczywiście, pamiętam, że było takie, ale ja nie brałem w nim udziału. Koledzy powiedzieli mi o tym spotkaniu, ale nie mogłem przybyć. Odbywało się ono po południu, a ja miałem wtedy drugą zmianę. Zresztą cały czas byłem bardzo pilnowany – jak chciałem zmienić zmianę, musiałem iść do nadsztygara z prośbą. Ten mnie szczegółowo wypytywał, dlaczego i z kim się zamieniam. Spotkanie odbyło się w Bobrownikach, niedaleko mieszkania Pawła Morela.

Czy angażował się Pan w „Solidarność” kopalni „Julian” pod koniec lat 80.?

Niestety na pierwsze zebranie odrodzonej „Solidarności” nie mogłem przybyć. Zgłosiłem się jako kandydat na przewodniczącego, do wygrania brakło mi jednego głosu. Termin zebrania wybrano dla mnie o tyle niefortunnie, że byłem wtedy na wyjeździe we Francji – odwiedzałem działaczy, którzy wyemigrowali. Później oczywiście pomagałem kolegom. W moim mieszkaniu odbyło się zebranie z dawnym naczelnym inżynierem kopalni „Julian”, panem Władysławem Szotrowskim, który za zaangażowanie w „Solidarności” został internowany w stanie wojennym. Moim zadaniem było utrzymywanie kontaktu z dawnymi działaczami, którzy wyjechali z Polski. Jeździłem wtedy do Francji do Omera Krysztofiaka i innych. Paszport udało mi się zdobyć pod warunkiem, że dzieci pozostaną w kraju.

Do kolegów we Francji jeździłem z żoną kilkukrotnie. Z tych wyjazdów zawsze przywoziliśmy dla naszych dzieci po kilka produktów niedostępnych u nas w kraju – kokosy czy ananasy. Niedługo później, bo w 1991 r., przeszedłem na emeryturę górniczą i wtedy też zdecydowałem o zaprzestaniu swojej działalności na rzecz „Solidarności”. Tak zakończył się dla mnie komunizm.

Tablica ze zbiorów Izby Regionalnej w Piekarach Śląskich.

 

Copyright © Free Joomla! 4 templates / Design by Galusso Themes